by smutny Michał
Znowu nadszedł ten moment, kiedy nie chce mi się grać. Patrzę na półkę. Widzę dopiero co zaczęte "L.A. Noire", "Assassin's Creeda II", w którym zabrakło mi 2 acziwmentów do fulla. Patrzę na listę gier na Steamie. "Skyrim" z wyrzutem ciska mi w twarz moje żałosne 40 godzin spędzone w jego świecie. Odpalam konsole. "Vanquish" śmieje się, że jest dla mnie za japoński. "Wiedźmin 2" jest za długi, "Modern Warfare 3" w kakofoni dźwieków i gwatłów przez pociski zbyt gwałtowny na tak ciepły wieczór.
Ależ mi się nie chce, po prostu mi się nie chce. Za dużo? Za intensywnie? Nie wiem, z książkami tak samo, z filmami tak samo. Za dużo powieści przygodowych i znowu sięgam do "Historii Greków i Rzymian" Kubiaka oraz "Dzieje kultury brytyjskiej" Lipońskiego, choć wiem, że znowu wykruszę się na opisie rzymskich rolników-wojowników i opowieściach o etymologii słowa "policja". I tak ich nie zapamiętam, i tak.
I tak w kółko, zamknięty w Uroborosie konsumpcji kultury, zaklęty przez stale powiększającą się kolekcję książek, gier i filmów, pod którymi zaczynają już jęczeć regały.
Tytuły łączą się w jeden wielki wyrzut, rzucany w twarz jakby przez polonistkę-potwora, przeświadczoną o mojej literacko-interpretacyjnej nieudolności, bo przecież brzydko piszę. Bo jak ktoś, kto tak pisze, może docenić coś, co jest piękne. Jeśli ja jestem Grendelem brzydkiego pisma, to czy ona jest matką Grendela?
Umęczony - zasypiam.
Gdzie jest wierzchowiec i gdzie jest jego jeździec? Gdzie ten, co skarby rozdaje?
Brzegami sinej Świteziu wody idą przy świetle księżyca.
by Dominik Gąska
Mówiąc o Kickstarterze i tym co się ostatnio wokół niego dzieje często stwierdzamy, że wystarczy porażka jednego z tych projektów, by całkowicie ostudzić zapał przyszłych "inwestorów" i utopić ten "nowy sposób finansowania gier" na dobre. Wyobrażamy sobie co to będzie, jeżeli projekt, w który gracze włożyli 2 miliony dolarów nie wypali, jego twórca złoży broń i podda się albo wyda niedokończoną, niedorobioną, niegrywalną i marną pseudogrę. Będzie płącz, będzie rozczarowanie, będzie "nigdy więcej nie dołożę na Kickstartera". To dosyć naturalne - teraz wszyscy kładą te pieniądze na stół w dobrej wierze, oczekując, że twórcy spełnią swoje obietnice i przynajmniej dadzą im oczekiwaną grę. Jeżeli im się to nie uda, to nie mogą liczyć na wsparcie w przyszłości.
To dosyć naturalne. Przecież to wszyscy są nowi ludzie w branży, dajmy im tę pierwszą szansę, jak im się nie uda to więcej dawać nie będziemy. Naturalne. Ekhm, ale nie o tym.
Ja się dziś zacząłem zastanawiać nad czymś innym. Co się stanie, gdy dojdzie do sytuacji odwrotnej? Gdy jeden z kickstarterowych projektów okaże się wielkim sukcesem i zarobi miliony dolarów? Nie zapominajmy o tym, że gry, które powstaną w ramach tej inicjatywy, trafią do normalnej sprzedaży. I teraz co sobie pomyśli taki gracz, gdy produkcja, na którą wyłożył z góry 50, 100 czy 500 dolarów, zarobi ich 20 milionów? Będzie bardziej chętny "wesprzeć" twórców w przyszłości czy mniej?
Jestem przekonany, że zawiść ma znacznie większą siłę rażenia niż rozczarowanie.
by Dominik Gąska
Odkrywanie, że gry potrafią nas jeszcze bawić w taki zupełnie dziecinny sposób, samymi możliwościami, które dają, to ostatnio modny temat. A że chcę być modny to się wpisze.
I nie będzie nawet o Fezie, który owszem, również wywołał we mnie takie niewinne uczucia, ale jednak trochę inaczej niż Prototype 2, w którego pograłem wczoraj jakieś 3 godziny i to o nim właśnie będzie.
Mam z tą grą to samo, co Michał miał rok temu z Just Cause 2. Cieszę się tym, że mogę podnieść ciężarówkę, wbiec na dach budynku i cisnąć nią w stronę horyzontu. I że mogę wpaść w sam środek obozu wojskowego, by w ciągu 10 sekund wywyłać w nim totalne zniszczenie. Przywołać macki, które zaczną oblepiać i chwytać wszystko na około. Wyskoczyć na 15 metrów, rzucić się ze szponami na żołnierza, strzelającego do mnie z rakietnicy. Podnieść ją, rozwalić jadący w moją stronę czołg. Jeszcze raz wystrzelić w powietrze, by wylądować już w zmienionej formie i nie budząc najmniejszych podejrzeń pozostałych przy życiu.
W GTA momenty takiej totalnej rozwałki traktowało się raczej jako odskocznię w przerwach między "prawdziwą" grą. Było to zawsze wydarzenie do którego się przygotowywaliśmy i które nieuchronnie kończyło się śmiercią i powrotem do "poważnych" zadań. W Prototype 2 robi się to całkowicie przy okazji. Widzisz jakieś zgromadzenie żołnierzy i myślisz sobie "a co tam", robisz apokalipsę, wszystko na około zaczyna wybuchać, a po kilkunastu sekundach nie ma po tobie śladu. Nawet grupa uderzeniowa, która pojawia się kiedy zacznie być zbyt gorąco, sprawia wrażenie zaprojektowanej raczej tak, by dać graczowi jeszcze więcej zabawy, a nie jak najszybciej skończyć jego żywot i ukarać go za nierozsądne działanie. Bo na przykład nieuchronnie przylatuje taki helikopter. A do czego służy helikopter?
ŻEBY KOPNĄĆ GO Z KARATA (za ujmującym polskim tłumaczeniem achievementa).
A później, jak już pożywię się okolicznymi gapiami (serio, odzyskiwanie punktów życia przez "zjadanie" kilkunastu albo i kilkudziesięciu niewinnych przechodniów po każdej grubszej akcji nie pozwala brać fabuły tej gry ani trochę na serio), podnoszę jednego z nich i ciskam z całej siły przed siebie. Widzę, że spada gdzieś za paroma budynkami i słyszę przytłumiony wybuch. No to biegnę zaintrygowany. A tam taka scenka.
Zakorkowane skrzyżowanie, a na jego środku rozwalona, paląca się furgonetka. A 5 metrów dalej martwy nieszczęśnik. I jak tu nie kochać tej gry?
by Tomek Pstrągowski
Mariusz Zawadzki relacjonuje w "Gazecie Wyborczej" amerykańską debatę na temat wpływu "wojny z terrorem" na morale żołnierzy. Ot choćby taki fragment o bohaterze z Afganistanu:
Oddziałek sierżanta Calvina Gibbsa zabijał Afgańczyków dla sportu. W listopadzie Gibbs został skazany na dożywocie za zabójstwo trzech cywilów. Do końca twierdził, że byli rebeliantami (podrzucał zabitym broń, by stworzyć takie wrażenie). Ale przyznał się, że istotnie, jak mu zarzucano, odcinał palce i wyrywał zęby zabitym, by przechowywać je jako trofea, wzorem myśliwych kolekcjonujących np. poroża jeleni.
Albo taka sympatyczna statystyka o powojennej traumie nękającej żołnierzy powracających z misji:
W roku 2010 więcej żołnierzy USA odebrało sobie życie (468) niż zostało zabitych w Iraku i Afganistanie (462). (…) Na każdego poległego na froncie przypada 25 weteranów, którzy zabili się sami. Średnio co 80 minut gdzieś w Ameryce jakiś były żołnierz odbiera sobie życie. W ciągu roku samobójstwo popełnia 6 tys. weteranów (wszystkich wojen USA w ostatnich kilkudziesięciu latach). To więcej niż w sumie zginęło Amerykanów w wojnach w Afganistanie i Iraku. (…) Plaga samobójstw po Iraku i Afganistanie jest nawet gorsza niż w latach 60. i 70. po Wietnamie, choć tamta wojna była znacznie bardziej krwawa (zginęło 58 tys. Amerykanów, czyli dziewięć razy więcej niż w Iraku i Afganistanie).
Gatunkiem ostatnich 5 lat branży są współczesne shootery udające prawdziwe pole walki. Pierwszy z nich nazywa się "pole walki", drugi "współczesne działania wojenne", a trzeci swój tytuł wziął od istniejącego naprawdę odznaczenia wojskowego. Problem w tym, że w żadnym z nich nie ma ani słowa o ciężarze wojny - cała trauma ogranicza się do pisku w uszach, gdy gdzieś w pobliżu wybuchnie granat. Kapitan Price próbujący popełnić samobójstwo? Mother masakrujący afgańskich cywilów? Henry Blackburn borykający się z depresją?
Gdy twórcy "Medal of Honor: Warfighter" (ci sami, którzy w swojej poprzedniej grze całkowicie sfałszowali obraz wojny w Afganistanie) pierdolą mi o "współpracy z operatorami" i "realizmie, realizmie, realizmie", ja przywołuję w pamięci raport Czerwonego Krzyża. Zarzuca się w nim grom wojennym, że bezrefleksyjnie fałszują obraz wojny i przedstawiają łamanie prawa międzynarodowego, jako coś dobrego. Żadnych konsekwencji za torturowanie i mordowanie jeńców. Żadnej nagany za atakowanie obiektów cywilnych.
Fotografie nie odzwierciedlają wysokiego morale i profesjonalizmu ogromnej większości żołnierzy służących w Afganistanie - cytuje Zawadzki oficjeli U.S. Army tłumaczących zdjęcia żołnierzy bawiących się zwłokami. Bez paniki panowie, te fotografie zobaczy garstka ludzi (głównie dorosłych). Miliony (głównie nastolatków) wasze wysokie morale i profesjonalizm oglądają codziennie - dzięki usłużnym grom wideo.
* Pożyteczni idioci czasem też użyteczni idioci – pejoratywne określenie przypisywane Leninowi (choć najprawdopodobniej przez Lenina nie użyte), który miałby tak określać zachodnich dziennikarzy piszących entuzjastycznie o rewolucji bolszewickiej i ukrywających jej niepowodzenia
by Master Gunnery Sergeant 2 Stars Mpiwo
Coś pozytywnego dla odmiany, żebyście wiedzieli, że moje życie nie składa się tylko z krytykowania kolegów po fachu, denerwowania pomocy technicznej i sabotowania marzeń tfurców.
Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, mimo wielomiesięcznej nieobecności z mojej strony, battlefieldowy pluton Nieczyste zagrywki HC wciąż żyje i ma się dobrze. Muszę trochę przyznać się do zaniechania z mojej strony - odłożyłem Battlefielda 3 na wiele miesięcy, pojawiły się inne gry, obowiązki, a momentami po prostu znudzenie. Spodziewałem się, że w momencie, kiedy zniknie możliwość wsadzenia Michałowi noża w brzuch (pozdro LeviBlue), wysadzenia Michała za pomocą Claymore'a (pozdro Wiklef, jak nowy patch, dalej spamujesz Claymore'y?), trafienia Michała w głowę (pozdro KusKus), czyli świetna zabawa pod nazwą "Pozbaw Redaktora Życia", skończy się i pluton.
I, co dosyć dziwne, nie miałem racji.
Zarówno pluton Nieczyste zagrywki jak i pluton Nieczyste zagrywki HC mają się bardzo dobrze. Ba, okazało się, że pod moją nieobecność NaviHaMsTeR wykupił serwer do grania i do rozmawiania, a chłopaki regularnie ćwiczą i mordują w internecie innych. Kiedy z nimi gram, opiekują się mną jak takim trochę nie teges kuzynem, który wpadł na wakacje, wskrzeszają mnie i bronią, kiedy dokonuję swoich szaleńczych szarż przez otwarte tereny pokryte przez snajperów wroga, pocieszają, kiedy wjeżdżam w kolejną minę przeciwpancerną. Potrafią nawet wybaczyć, kiedy rozbiję helikopter, bo jedyny sposób, jaki znam na wylądowanie, to przez żabie skoki i wstrzymują palce nad klawiaturą, gotowe już do napisania czegoś ze słowem "pieprz" i "n00b".
I samodzielnie robią awatary dla plutonu. Jeśli to nie są zajebiści gracze, to nie wiem, kogo tak można nazwać. Podczas naszych rozmów w podcaście często podkreślam, że lubię grać w sieci, żeby walczyć z innymi, żywimi graczami. To, co robicie w tym plutonie uświadomiło mi również, że gram w sieci po to, aby grać z fajnymi ludźmi ramię w ramię, a tego nie zastąpi żadna pikselowa Triss Merigold.
Dobra, koniec wzruszeń,odmaszerować!
(oczywiście nie wymieniłem wszystkich plutonowców i przyjaciół plutonu, z którymi grałem, ale do nich też kieruję serdeczne "dzięki!")
czwartek, 17 maja 2012
Licznik odwiedzin: 35 141 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: